Przygoda duchowa, jaka przydarzyła się człowiekowi Europy w ciągu
ostatnich stu lat, jaka więc i mnie – przynajmniej w pewnej mierze – spotkała
i jaką przeżywam dalej, jawi mi się w następujący sposób:
Cywilizacja europejska wraz z jej kulturą i sztuką nierozerwalnie związana
jest z chrześcijaństwem. Ono to przez setki lat kształtowało jej oblicze
i wszelkie jej osobliwości. Nie będzie przesadą, jeśli się powie, iż przez z górą
tysiąclecie miało ono wprost monopol na dostarczanie form wszelkim dziedzinom
życia ludzkiego. Nie tylko filozofia, sztuki piękne, budownictwo, rodzina
były zorganizowane według chrześcijańskich norm; również wojny,
sądy i sprawowanie władzy były „chrześcijańskie”, a wszelkie ludzkie tęsknoty,
aspiracje i najsprzeczniejsze interesy wyrażały się w chrześcijańskich symbolach.
Powstaje pytanie: w czym tkwi kulturotwórcza moc chrześcijaństwa? Jakaż
to jego cecha czy pierwiastek sprawia, że stanowi ono glebę tak płodną
dla człowieka? W pierwszej chwili może się wydać dziwne, a nawet szokujące,
co powiem, lecz upatrywałbym owej siły w takich mianowicie dwócłT walorach
tej religii, jak – z jednej strony – to, iż zdolna jest ona uśmierzać
w człowieku nienawiści powstrzymywać go od tego uczucia, a z drugiej to, iż
w swej najgłębszej istocie stanowi ona świadomość ludzkiej słabości i nędzy,
że jest wyrazem metafizycznej pokory człowieka. Zważmy, że o chrześcijaństwie
nie sposób powiedzieć, iż jest ono religią „prometejską”, a więc taką,
która przyznawałaby człowiekowi przynajmniej możliwość samozbawienia.
Przeciwnie, chrześcijaństwo trzyma ludzkość w poczuciu grzechu i winy,
i z całą mocą podkreśla, iż człowiek nie da sobie rady bez interwencji Boga.
Stosując do tego zagadnienia kategorie tragedii greckiej, można by powiedzieć,
iż chrześcijaństwo powstrzymuje człowieka przed najniebezpieczniejszym
dla niego, a od niepamiętnych czasów najbardziej kuszącym go występkiem,
jakim jest „hybris” – grzech pychy i samoubóstwienia. Chrześcijaństwo
powściąga, hamuje ową tęsknotę za uzurpatorskim przyznawaniem sobie
atrybutów boskich i w tym, jak sądzę, tkwi jego najgłębsza mądrość. Albowiem
doświadczenie setek pokoleń i najprzeróżniejszych cywilizacji dowiodło
niezbicie, że z człowiekiem tak się rzeczy mają, iż rozwija się on wtedy,
gdy zdobywa się na metafizyczną pokorę, a marnieje i ginie, gdy ulega pokusie
metafizycznego wywyższenia. Rachunki człowieka są przeto zasadniczo
proste: albo godzi się on na świadomość własnej słabości i nędzy i towarzyszącą
jej pokorę, a wówczas wolno lecz sukcesywnie rozwija się, a ogród jego
królestwa owocuje, albo odrzuca on brzemię upokarzającej niższości, sięga
po insygnia władzy w kosmosie ogłaszając się panem i rządcą stworzenia,
a wówczas po krótkim czasie zaślepienia własną złudną wielkością stacza się
w przepaść szaleństwa, a żyzne dotąd pola jego królestwa przemieniają
się w pustynie.
Przygoda duchowa człowieka, o której wspomniałem powyżej, rozpoczyna
się dla mnie gdzieś w wieku XIX. Oto pod wpływem błyskotliwych odkryć
w naukach ścisłych i wynalazków technicznych, wskutek nagłego tempa rozwoju
i wynikającej stąd świadomości zmienności i względności wszystkiego,
człowiek – po raz któryś już w swej historii, lecz po długiej, przyznać trzeba,
przerwie – znowu zamarzył o boskości, znów powziął myśl o wyzwoleniu się
z kondycji poddanego, znów uległ pokusie skosztowania zakazanego owocu.
Ów bunt przeciw krępującym zbawczo barierom chrześcijaństwa znalazł swój
wyraz w dwóch wielkich ideach XIX stulecia, które – mimo wszelkich różnic
między nimi – wcielały niewątpliwie te same prometejskie oczekiwania. Z jednej
strony mam tu na myśli filozofię mocy i nadczłowieka Fryderyka
Nietzschego, z drugiej filozofię wyzwolenia i samotworzenia ludzkości sformułowaną
przez Karola Marksa. Te dwie idee – u korzeni swych antychrześcijańskie
– w złożonym procesie historycznym wydały owoc w postaci dwóch
najbardziej złowrogich tyranii, jakich od lat nie oglądał świat. Po raz któryś
w dziejach człowieka potwierdziło się, iż próba odejścia od Boga, a zwłaszcza
zuchwała wola dorównania Mu, kończy się straszliwym i żałosnym upadkiem.
Zjawiska, o których mówię, znalazły swój wyraz, a raczej równolegle
przejawiły się w dziedzinie sztuki. Z niezwykłą przenikliwością spostrzegł to
i opisał jeden z największych pisarzy XX wieku – również i mnie szczególnie
bliski – Tomasz Mann w swej znakomitej Czarodziejskiej górze, a zwłaszcza
w Doktorze Faustusie. Postać genialnego kompozytora, Adriana Leverkuhna,
który uzmysłowiwszy sobie, iż muzyka, po latach rozwoju, znalazła się nagle
w martwym punkcie stając w obliczu nieprzezwyciężalnych, wydawałoby się,
trudności, sięgnął po diabelski eliksir dający złudnie nadprzyrodzoną moc,
zdolną pchnąć inwencję ludzką na nowe tory i ku nowym światom, i który
stworzył w rezultacie dzieło antyhumanistyczne, a sam popadł w szaleństwo,
doskonale odzwierciedla ową ludzką tragedię pychy i poniżenia. Pamiętnym
i wielce wyrazistym symbolem – zarówno samego zamysłu obrazoburcy, jak
i efektu jego dzieła – jest idea odebrania ludzkości IX Symfonii Beethovena.
Moje początki twórcze przypadły na okres, gdy w kraju, w którym się
urodziłem, wzrastałem i studiowałem, artysta stał wobec alternatywy: albo
postulowana czy narzucana wręcz przez panującą ideologię estetyka socrealistyczna,
albo zwalczana czy zakazana nawet estetyka nowatorska kojarzona
z ideologią burżuazyjną. Dla twórcy uczciwie i poważnie podchodzącego do
sztuki nie mogło być wątpliwości, za którą z dwóch przeciwstawionych sobie
estetyk się opowiedzieć i jaki program artystyczny realizować. Wybór był
przeto oczywisty. Nie zdawałem sobie wówczas sprawy, że alternatywa,
o której mówię, jest w istocie alternatywą złudną, pozorną, że każe wybierać
między fałszywymi wartościami, że przeciwstawia sobie drogi w gruncie rzeczy
do siebie podobne, bo każda z nich wywodzi się z analogicznego źródła,
jakim jest odrzucenie sacrum i postulat nieograniczonej, a przez to straceńczej
wolności człowieka. Estetyka socrealistyczna była funkcją postulowanego
przez marksizm konstruktywizmu; estetyka „nowatorska”, określana wów­
-czas w Polsce mianem „burżuazyjnej”, stanowiła daleką pochodną „zmierzchu
bogów” i wyrosłego na tym gruncie nihilizmu. W płaszczyźnie politycznej
i historycznej dwie wielkie pseudoprometejskie idee XIX wieku przybrały
postać najrozmaitszych kultów: kultu Historii, Wodza, Postępu i Siły; w dziedzinie
sztuki przejawiły się one w postaci najrozmaitszych fetyszy: z jednej
strony Prostoty i Ludowości, z drugiej – nieokiełznanej Swobody i Eksperymentu.
Wszedłszy na tę drogę, zorientowałem się po jakimś czasie, iż więcej
się na niej burzy niż buduje, że przekraczanie i obalanie kolejnych barier
prowadzi w końcu na pustkowie. I zrozumiałem wreszcie, że właściwa opozycja
zachodzi gdzie indziej, nie pomiędzy konstruktywizmem a formalizmem,
a między tymi oboma trendami a zagubioną czy zarzuconą w jakimś momencie
tradycją ugruntowaną na sacrum. Można powiedzieć, iż uświadomienie
sobie tej sprawy było w mojej biografii twórczej zasadniczym punktem zwrotnym.
Od tej pory mój dorobek kompozytorski znaczony jest takimi między
innymi utworami jak Pasja według św. Łukasza, Jutrznia, Kosmogonia, Raj
utracony, Te Deum, których tytuły mówią same za siebie.
Tej drodze pragnę pozostać wierny, te wartości pragnę dalej rozwijać.
Chciałbym przy tym zaznaczyć, że nawiązanie do tradycji chrześcijańskiej nie
oznacza bynajmniej opcji na rzecz sztuki sakralnej. Nawiązywanie do tej tradycji
jest dla mnie programem o wiele szerszym i głębszym niż doraźne służenie
Kościołowi.
Żyje na świecie trzech Polaków, których osobowość, postawa, myśli
i dzieła wywarły na mnie istotny wpływ i którym chciałbym w tym momencie
wyrazić wdzięczność. W pierwszej kolejności pragnę wymienić kapłana: papieża
Jana Pawła II, który z godną podziwu siłą i świeżością głosi ewangeliczne
orędzie i dźwiga „wszystkich, którzy upadają”. Po drugie, pragnę wymienić
poetę: Czesława Miłosza, którego książka Zniewolony umysł otworzyła
mi niegdyś oczy na wiele spraw, a którego dokonane ostatnio przekłady słynnych
ksiąg biblijnych stały się dla mnie źródłem natchnienia. Po trzecie wreszcie,
pragnę wymienić filozofa: Leszka Kołakowskiego, którego takie prace
jak Świadomość religijna i więź kościelna, a później Obecność mitu i niedawno
wydana Religia podbudowywały teoretycznie wiele moich artystycznych
intuicji. Ci trzej ludzie – przy wielkich różnicach, jakie ich dzielą – zdają się,
w moim przekonaniu, być zgodni i bliscy w jednym: w tym mianowicie, iż
pilną potrzebą współczesnego świata jest nawrót do chrześcijańskich wartości
i jak najrychlejsze odbudowanie strzaskanej przez kataklizmy XX wieku
metafizycznej przestrzeni człowieka. Temu celowi również i ja chciałbym służyć
swoją sztuką.
Otóż będę się dalej trudził nad mym dziełem „non
sordidi lucri causa nec ad vanam captandam gloriam, sed quo magis veritas
propagetur et lux eius, qua salus humani generis contrinetur, clarius effulgeat”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.