Opole … Znowu wybrano ofiarę hołdu, tym razem Bogu ducha winną panią Stanisławę i zalano lukrem pochlebstw. Po co to komu, po co strata czasu antenowego, po co smętne występy panów dyrektorów i innych sponsorów?! To jest festiwal piosenki polskiej, jego osią powinna być twórczość, a nie zbiorowy onanizm w świetle reflektorów. Gadanina, dłużyzny, a w tle przedłużający się kryzys wykonawstwa i songwritingu jako takiego.
Wychodzą na scenę ludzie, którzy notorycznie fałszują, mają problemy z emisją, dykcją, a repertuar który przedstawiają, to z nielicznymi wyjątkami wyroby piosenkopodobne. W tej sytuacji ratowanie się evergreenami i odgrzewanie w nieskończoność kotleta niczego nie rozwiązuje, bo tylko ukazuje przepaść między dawnymi a nowymi dziełami i poziomem wykonawczym sprzed lat i obecnym.
Zastanawiam się jak, i czy w ogóle działa selekcja? Są w całym kraju studia piosenki(absolwentką jednego z nich jest nb. Małgorzata Ostrowska , która jako jedna z nielicznych dała wspaniały, pełen blasku i profesjonalny występ z orkiestrą), gdzie się uczy pracy z mikrofonem, ustawia przeponę itd. I co: gdzie są ci wszyscy ludzie? Kto wypuszcza zamiast nich na scenę jakieś postaci z mchu i paproci, które legną już w pierwszych sekundach swego performansu, powodując odruch natychmiastowego wyłączenia fonii?
PIotr Iwicki dokonal już uzdrowienia w wielu dziedzinach w PR. Obawiam się, że przed nim i to, jedno z najcięższych, wyzwanie. Ktoś powinien wreszcie przerwać ten chocholi taniec. Dla zdrowia abonentów i kultury narodowej. Inaczej będziemy dalej żyć w matriksie miernoty, wynoszonej na ołtarze przez bezkrytyczne, szklane okienko, na które wszyscy się składamy – bynajmniej nie po to, żeby wylewało się zeń na nas badziewie upudrowane na urojoną wielkość.

http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=3658

Jak poucza poeta w słynnym „Alfabecie” – „Cycki”, to nazwisko na „cki”. Ale tak może było przed wojną, bo teraz nastała moda na demokrację, w związku z czym i nazwiska też się zdemokratyzowały, podobnie jak teksty tak zwanych „przebojów”. Na przykład za moich czasów w kołach wojskowych furorę robiła piosenka anonimowego autora, trochę podobna w nastroju do słynnego przeboju zespołu „Wilki”, w którym śpiewak daje wyraz swemu zaniepokojeniu, czy szampański wieczór nie będzie aby miał medycznych konsekwencji: „Byłem z nią parę chwil, było tak namiętnie, a teraz jestem tu, ludzi tłum, a myśli takie dziwne, nie wiem czy sam tego chcę, lecz nikt tu nie jest winny. Myślę, że nie stało się nic”. Nietrudno się domyślić, że chodzi o rozterkę, czy podczas tych „paru chwil” nie doszło aby do zarażenia syfilisem. Nawiasem mówiąc, za moich czasów nawet w takich tekstach panowała większa finezja: „Pijanego szypra kutra raz dręczyła myśl okrutna; facet myślał, że ma trypra, a to była zwykła kiła!” Podobnie w utworze zwracającym uwagę na nabierający dzisiaj coraz większej aktualności problem roli kobiet w Kościele: „Przeoryszy pytał papież…” no, mniejsza z tym. Wracając tedy do piosenki popularnej za moich czasów w kolach wojskowych, to wprawdzie składała się ona z wielu tak zwanych brzydkich słów, ale sens był identyczny, co w cytowanym przeboju zespołu „Wilki”, w dodatku obfitujący w tak zwane „gorzkie wyrzuty”. Najwyraźniej w ostatnich 50 latach zainteresowania autorów piosenek zredukowały się do rejonu, o którym wspomina poeta Tadeusz Różewicz. Powiada, że za dawnych czasów bywało jeszcze „solidne dno”, aż „pewna panienka z Paryża” zrozumiała, że „nie ma dna i napisała wypracowanie o spółkowaniu”, gdzie „wszystko rozgrywa się w znajomej i niezbyt wielkiej okolicy między regio genus anterior, regio pubice i regio oralis, a to, co było niegdyś przedsionkiem piekła, zostało przez modną literatkę zamienione w vestibulum vaginae”. Oczywiście ubolewa i konkluduje, że o ile dawniej też się spadało – ale pionowo, to teraz spada się poziomo, w związku z czym większość spadających nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że spada. Myśli, że wcale nie spada, tylko się przesuwa – z jednej strony Mocy na drugą – kierując się nieomylnym tropizmem do kochanych pieniędzy. Ciekawe, co by napisał teraz, po przeczytaniu nagrodzonego przez żydowską gazetę dla Polaków utworu pani Masłowskiej, która nie pisze już o żadnym „spółkowaniu”, tylko zwyczajnie – o pierdoleniu? Piszę te słowa z wahaniem – bo wielokrotnie powstrzymywałem się przed pokusą, by nawet przez papierek nie dotykać niektórych produktów przemysłu rozrywkowego w postaci rozmaitych odmian piosenkarki Ruchanny, czy nowojorskiej celebrytki o bodajże ormiańskich korzeniach, znanej z tego, że prezentuje zdumionemu światu dupę wielką, jak wierzeje stodoły – ale nie mogłem już wytrzymać na wieść, że Wojskowe Służby Informacyjne na potrzeby walki o demokrację i praworządność w naszym nieszczęśliwym kraju zmobilizowały najgłębsze rezerwy – również w postaci zespołu „Big Cyc” pana Krzysztofa Skiby, który nie tylko „nakłada opozycyjne barwy”, ale w dodatku próbuje „wdrapać się na barykady”. Jakie tam znowu „barykady”, kiedy wszystko wyjaśnia lizusowska deklaracja Krzysztofa Skiby, że „na Błękitnym Marszu KOD odżył duch starego Jarocina” – oczywiście pod dyrekcją pana generała Marka Dukaczewskiego, no bo jakże by inaczej? Co za degrengolada! Czy nie byłoby lepiej, a w każdym razie – przyzwoiciej – bo każdy powinien dochowywać wierności swemu powołaniu – gdyby pan Krzysztof Skiba, wzorem Kuby Wojewódzkiego, „odkorkowywał” kolejne „wodzianki”, czy inne, spragnione rozgłosu panienki, a potem „lansował” je przynajmniej przez dwie godziny – zamiast wdrapywać się na „barykady” wzniesione przez oficerów WSI – naturalnie za pośrednictwem swoich politycznych ekspozytur, no i oczywiście – konfidentów? „Nonkonformista” kicający pod batutą RAZWIEDUPR-a – co za żałosny widok! Co za ześlizg, co za wstyd!

Stanisław Michalkiewicz