Remigiusz Załoga

,,Brunonem Schulzem”

Brunonem Schulzem kreślę te znaki
będąc,
a zarazem sobą samym już mniej potrzebnie
Zamknięty (w jego geometrycznej bryle bez formy fizycznej,
lecz lekko zgarbionej) kompletnie
W tym uroczystym rozdwojeniu jaźni
odpycham siebie samego daleką ręką mej przewrotnej natury
na peryferia podświadomości,
którą balansuję chwiejnie na linie rozpiętej
pomiędzy normalnością, a szaleostwem nad otchłanią samotności,
mażąc o tym aby chod na chwilę przeistoczyd się w kogoś innego
i nim się wypełnid
I nim wypełnid stronę nie zapisaną jeszcze niczym,
dla siebie zostawiając tylko margines,
albo wyzbywając się nawet i tego
Brunonem Schulzem jestem i myślę
taocząc samotnie po marginesie mojej poezji
do taktu bezlistnego marsza listopadowej orkiestry dętej
miejskich platanów
Drohobycza,
przykrytej siecią bezdźwięcznie utkaną z nici ptasiego trela
przy pełni blasku księżyca
Drohobycza,
w którym byłem tylko metafizycznie oderwany od ciała,
ale gdy jestem Brunonem Schulzem to jest mi on
najdroższy na świecie i jedyny
Mijam sklepy cynamonowe (a raczej ich szkice pospiesznie
skreślone ołówkiem mistrza na kawiarnianej serwetce)
kalecząc bruk kocich łbów obcasami
Wiedziony fałszywym krokiem nie do kooca swoich stóp,
zagnany zostaję w czarną paszczę zaułka,
gdzie spoczywa słynny markownik
W egzotycznym szeleście stron jego wnętrza
odnajduję sens tajemnych znaczeo kabały, tory i świętego pisma,
chod nie jestem ich godzien
Tak jak nie jestem godzien Adeli
stopy całowad i pieścid…
czule
w karakonim skłonie,
demonstrując wobec jej majestatu swe dozgonne oddanie
I czczę bałwochwalczo powab jej wdzięków, ud, piersi
i owal jej twarzy
Jej wierny sługa – karakon wpełzam pokracznie w brudne szczeliny
nie do kooca mej duszy,
nie mogąc już dłużej dźwigad ciężaru piękna
tej przewspaniałej istoty…

 

M. z kartoteki

21 VIII 2018

15. VIII. 2018:



Mamy skrzynkę pocztową przy drzwiach naszego klubu gdzie można wrzucać wiersze itp – niezależnie zaś – można podsyłać meilowo na adres : piesniarze@gmail.com

Wybrane rzeczy będziemy publikować (tu, na facebooku jak również na murach Wrocławia). Zapraszamy! 🙂

(można też zostawić list)

 

Paula Klama

 

KLAMKI UPADŁE

Autoportret

 

Klamka zapała,

zapadnia trzasnęła,

zatrzaski pisnęły ,

pasuje klucz.

 

Jest jeszcze zasuwa,

co życie zatruwa.

Nieproszony nie wejdziesz,

choć nie wiem co.

 

Jak wyrzut sumienia,

zdanie wciąż zmienia,

sama nie wie czego chce.

 

Wie że nie wpuści.

Nie wie dlaczego.

 

Przecież pasuje do szczęścia ten klucz.

 

 

 

Semio– ja

 

Semiotycznie

sama toczy

się ze sobą

w niezgodzie.

 

Jedno  ja

Z drugim ja

 

nielogicznie.

 

 

 

 

Złamanie otwarte

 

Niejednokrotnie

złamałam sobie język,

by przekazać Ci

w odpowiedni sposób

moje myśli.

 

Ważąc słowa

zbyt intensywnie,

nieraz się zwarzyły.

 

Złamanie następuje zazwyczaj

podczas wypowiadania słów:

 

uważam,

myślę,

sądzę,

chcę.

 

I zawsze w tym samym miejscu

– na końcu języka.

 

Ból nie daje mi dokończyć.

Nigdy.

 

Ty wtedy mnie uciszasz

i potem mówisz,

robiąc mi okład

z uśmiechem pełnym triumfu,

że wszystko wiesz.

 

 

 

Deklinacja przyjaciela

 

Przyjaciel to wyjątkowy przypadek.

Bo przypadkowi temu towarzyszy:

przypadkowe spotkanie,

przypadkowe okoliczności

i przypadkowe sytuacje

do sprawdzenia,

czy był to zwykły przypadek,

czy też nie.

 

I na wszelki wypadek

dbasz o ten przypadek,

bo on odmienia

siebie

i ciebie,

przez zupełny przypadek.

 

 

 

 

Narodziny

 

Pływam w brzuchu,

a tu nagle

woda w ruchu,

stawiam żagle.

 

Z flautą koniec.

jak wiatr złapię,

nie zatonę.

Życie chlapie

 

w twarz strugami

niepowodzeń.

Wyzwiskami

grozi co dzień.

 

Ja nie po to

się dziś rodzę,

by piechotą

życie obejść.

 

Chcę się zmagać

z żywiołami

i pić wódkę

z aniołami.

 

 

 

Zaraza

 

Ogłoszono dnia pewnego

chorób wykaz.

„Do izolowania natychmiastowego

chorych nakaz”.

 

Zakatarzeni i kaszlący

– cholerą grożący.

Zarażeni  wysypką

– śmiercią szybką.

Zapatrzeni w ścianę

– skreśleni na amen.

Zakochani dopisani,

z przyczyn nieznanych.

 

Postanowiono po naradzie,

że to na wszelki wypadek,

bo tętno większe,

mocne rumieńce,

niezdolność istnienia,

trzeźwego myślenia.

 

Zamknięto ich w matni,

bo są nieprzydatni.

 

 

 

 

Nagroda za znaleźne

 

Czy ktoś widział moje skrzydła?

Wydawało mi się, żeby były,

kiedy od niej wychodziłem.

A może nie?

Może już odpadły w tamtym barze?

W każdym razie – szukam ich.

Są potrzebne mi.

Muszę lecieć,

wracać trzeba,

dosyć narobiłem szkód.

 

Czy ktoś widział moje skrzydła?

Chociaż jedno, piórko, cień?

Może ktoś ma zbędne pierze?

To ulepię chociaż część.

 

Dam nagrodę –

albo nawet się przelecieć

ze dwa razy wokół słońca.

Pan nie widział?

Nie? A Pani?

Nikt nic nie wie.

Ja nie oszust. Zwykły anioł!

Że upadły – zdarza się.

 

Czy ktoś widział moje skrzydła?

Coś zbyt grzeczne macie miny,

wręcz anielskie,

kto jak kto, lecz anioł wie

kto udaje niewinnego.

No nic, zostaję z Wami,

zachowajcie sobie skrzydła.

Nie należą się już mi.

Tylko pamiętajcie,

że to słońce kusząc, parzy.

I nie jeden był, co marzył,

by aniołem być.

Żyję, nie żyjąc w sobie
św. Jan od Krzyża

Żyję, nie żyjąc w sobie,

Nadziei skrzydła rozwieram,

Umieram, bo nie umieram!

Ja już nie żyję w sobie,

Bez Boga żyć nie mogę!

Bez Niego i bez siebie?

Miast życia – tysiąc śmierci!

W głębię życia się wdzieram,

Umieram, bo nie umieram!

To życie, którym żyję,

To zaprzeczenie życia,

To ciągłe umieranie!

Aż pójdę do zdobycia

Ciebie, mój Boże! – Słyszysz?

Ja się życia wypieram,

Umieram, bo nie umieram!

Pozbawiony tu Ciebie,

Jakież życie mieć mogę?

Jeno śmierć ustawiczna!

Czuję o siebie trwogę,

Serce w bólu się krwawi –

Więc ku Tobie spozieram,

Umieram, bo nie umieram.

Wyrwij mnie już z tej śmierci,

Boże mój, i daj mi życie!

Nie chciej mnie dłużej trzymać

Na tym wygnańczym świecie!

Patrz jak Ciebie pożądam,

W bólu rany otwieram,

Umieram, bo nie umieram!

Lecz będę już tu płakał

I znosił ból istności,

Bo trwa moje wygnanie

Za grzechów moich złości…

Lecz kiedy ten czas przyjdzie,

Na który duszę otwieram,

Kiedy szczęśliwy zawołam:

Żyję, bo nie umieram?

Hanka Nowobilska z Białki:
Od pól, poprzez Cerwonki pokryte lodem twardym sło cosi okutane w strzępiate, stare hadry.
Palicke mioło w gorzci i worek na ramieniu, minęło syćkie dróżki i prosto sło po śreniu.
Jaz w Równi przystanęło, kie sie na płotek natkło. Podesłak, zapytałak — coz byście radzi, Dziadku?
A On stół przyzgrzybiany, nic na to mi nie odrzekł, ino popatrzył dziwnie — mioł w ocak smutków morze.
I wtedy takim błyskiem, co syćkim jest i nicym, poznałak Go od razu. To mój był Jezusicek.
Coś mi sie siepło w dusy z radości, dziwu, lęku, kolana sie mi same ugieny do przyklęku.
Fciolak Mu objąć nogi obute w zdarte kerpce, zmyć łzami i ubośkać toniącym w zolu sercem.
A Jemu wzrok dobrocią ozjaśnił sie niezwykłą uśmiechnął sie — i naroz z myk oców kajsi zniknął.