KACPER SŁOMKA:

Elegia rocznicowa
Pamięci Zbigniewa Słomki- mojego ojca
Tak długo nie mogłem o tym pisać.

Trzymane w nieopróżnianej szufladzie-
puste paczki czerwonych Viceroi,

kapsle po szklanych butelkach Pepsi,
miedziaki w plastikowym pudełku,
niedziałające już zapalniczki,
niepotrzebne już leki,
próżne ich ampułki,

wykałaczki złamane-
równo jak życie.

Widzę-prześladuje mnie ten widok-
szczęka co ust nie znajdzie ni szklanki.

Wszyscy w rodzinie wierzyliśmy, że-
tak jak pisał pewien Irlandczyk-

,,Syn winien włożyć sztuczną szczękę,
w martwe usta ojca”
Twoje usta, ojcze, były już na to zbyt martwe.
Teraz jest wciąż z nami ten plastik,

który był twoim ciałem i który nim nie był-
on będzie z nami będąc twoją-
cichą obecnością.

Pamiętam co czyniłeś swoimi rękoma.
Jak mówiłeś o tym.
Drobny i gruby piasek, sypany w mieszarki.
Machanie dmuchawami i rzucanie worków.
Tworzenie poprzez ręce i tworzenie poprzez słowa:
Mix, supermix, ekspress- widziałeś, że były dobre.
Z miłością mówiłeś o dziełach swych rąk.
Tych dziełach, co Ciebie zatruły,
zabiły.
Potem?
Potem nie było już dymu,
nie było piasku, popiołu
ni mrocznie lepkich chemikaliów
tam gdzie niknęło twe ciało.
Były.
Świerki, wrzosy, chryzantemy,
tulipany całujące się w mroku.
Róże, gwiazdy betlejemskie, rosiczki,
a potem pierwiosnki szare,
srebrne kampanule,
blade ze strachu żonkile,
smutne przebiśniegi.
Imionami kwiatów tej ziemi co Cię przyjęła,
nazwałem wspomnienia o Tobie-

te słowa nie są odpowiednie dla rzeczy,
ale to dlatego, że odpowiednich słów
nie ma. W każdym razie nie teraz i nie tutaj.
I nie dla tej rzeczy.
Jakim imieniem nazwać,
pusty derywat
śmierci?
Schody do wieczności,
bramy do innego świata,
początek?
Brakuje mi wciąż imion,
tak jak Tobie zabrakło,
oddechu.
Cóż teraz?
W snach przychodzisz,
jak zwykle ćmiąc papierosa,
pijąc czarną jak smoła kawę,
prosząc ,,Podaj, Kacper, jakąś książkę”
Otacza Cię blask.
Masz wszystko czego Ci potrzeba,
teraz-po tamtej stronie grobu.
A ja znowu pochylam się nad jego płytą,
by Tobie zapalić lampkę-miniaturkę światła,
które tam ogarnia- Ciebie.
Wreszcie, ojcze, wygrałeś,
naprawdę i
ostatecznie.

 

Nie-koniec
Po wszystkich bojach nie ma nic.
Nad pobojowiskiem cisza zastygła.
Leżę więc i patrzę jakie jeszcze gwiazdy świecą.
Nie świeci żadna.
Światy mrą jak zwykli ludzie.
Mało kto krzyczy o ich cichej śmierci.
Nie chcemy znać szczegółów. Boimy się tego.
To strach przed lustrem.
,,Idź w ciemność i siądź tam samotny”
Powiada Izajasz.
Więc idę stanąć przed lustrem.
Stanąć wobec… Wszystkich? Siebie? Nikogo?
Spójrz w zwierciadło, człowieku. Znajdziesz tam swego wroga.
On siedzi w Tobie.
To bolesne, lecz- cień twój sięga piekieł,
człowieku,
marna istoto.
I ciebie i każdego goni smok czasu.
Tu-ziemia. Tu nie ma Nibylandii- człowieku.
Więc patrz w dalekie światy.
Odbicie twego końca.
Lustro ziemi.
Patrz! Dopóki oczy twoje nie zajdą łzami.
Bez bólu- nie pojmiesz sam świata tego.
Ciemności, światła, końca i początku.
Umrzesz-nie pojmiesz.
Umrzesz i tak.
Więc idź w ciemność i walcz.
Póki nie przyjdzie koniec.

Czytelnikom poezji
Niełatwo dziś znaleźć poezję.

Wiersze-
wywieszają na płachtach na ulicy

np. Szewskiej,
publikują w ,,artystycznych” czasopismach
(Powstrzymam się od tytułów)
zasypują nimi przestrzenie
śmietnika internetu.
Pełno ich.
Każdy gimnazjalista jest poetą.
Pełno ich.
Ale to tylko wiersze.
Pełno ich. Pełno ich. Pełno.
Ale by znaleźć poezję musisz:
wejść w zaułek
skrzętnie unikany przez żyjących wygodnie.
Kupić jakąś gazetę
,,niepoprawną politycznie”.
Zapoznać się z jakimś poetą spoza
,,środowiska artystów”.

 

Zapamiętaj:
sztuka nie jest sztuką, bez wartości.
A wartość, nie bez powodu, ma w polskim języku dwa znaczenia.
I właśnie dlatego prawdziwa sztuka zawsze musi naprawdę kosztować.
I nie mówię tu o pieniądzach,
bo przecież tandeciarze również potrafią drogo się sprzedawać.
Dowodem ceny ,,bestselerów” o których wspomniałem wyżej, z aluzją do znanego dziś dzieła.
Mówię o twoim trudzie.

Mówię o tym, że jeśli chcesz poezji musisz-
iść tam, gdzie nie chcą byś szedł.

Poznasz prawdę, a to zawsze boli.
Będziesz płakać, ale taka jest cena
za dotyk każdego piękna.
Łzy będą twoją monetą.
Będą reklamą autora.
Reklamą prawdy,
niepotrzebną dla niej,
wskazówką sensu,
pośród gąszczu sensów
niezrozumiałych,
niezauważonych,

głębokich,
pustych,
i zawsze
tylko, tylko twoich.

 

Panaceum
Czasem zastanawiam się dlaczego,
będąc przy Tobie- myślę o
tych wszystkich tak bardzo dziwnych sprawach.

Te złoża antracytu w Donbasie-
zadnieprzańskie casus belli

która trwa na wschodzie wśród milczenia
całego wolnego świata.

Wszystkie bogactwa Czarnego Lądu-
powód jego mąk i zniszczeń,

które są nam nam znane lecz milczące.

Fałszerstwa sączące się z ekranu-
pogarda rządzących nami,

zakłamanie władców tego świata
i krew, która płynie wszędzie.
Krew, która rozlewa się nieprzerwanie
strugami, które wsiąkają
w nicość zmarnowane bez powodu.
To wszystko.
Jest we mnie, w Tobie, w nas wszystkich.
Jesteśmy.
Skrawionymi wyspami
w rozpaczy
ciemnym, zimnym oceanie.
Przytul się.
Razem możemy zmyć tę krew z siebie.
Możemy.
Stworzyć z siebie gorący kontynent.
Ułożyć.
Mozaikę z naszych dusz i ciepłych ciał.
Uzyskać.
Odkupienie od teraźniejszości.

To jest właśnie panaceum-
nasze wilgotne usta.

 

Palcem po piasku
,,A on nachyliwszy się pisał
palcem po piasku.”

Swoim świętym palcem kreślił hebrajskie litery-
tymi samymi literami

napisano obwieszczenie jego winy
na krzyżu.
Pisał hebrajskimi literami
gdy Hebrajczycy

łaknęli krwi cudzej-
tak samo

łaknęli później
jego krwii.
A cóż on-Najświętszy- na wzgardzonym piasku kreślił?
Dlaczego ten co spisał jego słowa
tych słów nie utrwalił w swej księdze- tak bardzo świętej?

Czemu jedynie spisane słowa Chrystusa-
musiały się rozwiać

w niepamięci dziejów?
Może to znak dla wiernych?
Może chciał nam powiedzieć…
Wszystko co kreślicie, kiedyś się rozwije,
tylko te słowa się liczą, które stanowią czyn,
tylko te słowa się liczą, które
sprawiają dobro.

 

Jezus skrawiony
Urodzony w grocie skalistej, w stajni.
Tam gdzie wilgoć osiadała jak potem w ciemnicy.
Leżałeś- matka stała nad Tobą.
Stała tak jak potem u krzyża twego stóp.
Nie jasność, nie blask łuną płonęły.
Nad miastem Betlejem, ciemność snuła się Golgoty.

I choć ,,Gloria” śpiewali aniołowie-
łoże żłobu było twarde, jak tron twojego krzyża.

Zwierzęta były od ludzi cieplejsze-
oddechem grzały Cię woły i osły- nie człowiek-
choć zbawić przyszedłeś tych zimnych ludzi-
przez krew co płynęła teraz i potem i zawsze.

Ten rubinowy płyn oszałamiającej woni-
spływa teraz spomiędzy ud twej Matki-
Najświętszej przez tą krew-
która Ciebie pokrywa.

Maryja teraz obmywa Cię z niej-
Twój Ojciec już wie-
za lat trzydzieści ona znów obmywać Cię będzie-
Jezu i znowu z krwii.

Taka musi być cena za grzechy nasze….

 

***
Pożar chełmu.

Podobno tak lotnicy wojskowi nazywają pewien stan-
stan w którym urządzenia, baza, czujniki maszyny-
prowadzą ich do szaleństwa nadmiarem sygnałów.

Kokpit podobno jest wówczas otchłanią chaosu.

Ostatnio zdaża mi się myśleć że cały świat-
cały świat jest takim kokpitem

dla mnie i dla nas wszystkich.
Otchłań chaosu ogarnia ludzkość.
Nadmiar sygnałów- jest nadmiarem rzeczy
który przygniata nas, oszałamia, zniewala i
zabija. Morduje swoim ciężarem.
Ale jest gorzej niż zdaża mi się myśleć.

Jakiś czas temu bowiem dowiedziałem się że-
rozwój techniki komputerowej zmierza w kierunku

ograniczenia do minimum możliwości powstawania pożaru chełmu
w kokpicie lotnika.
Lotnik jest więc chroniony przez pokładowy komputer.

Na ziemi nic nas nie ochroni. Co gorsza-
rozwój techniki komputerowej zmierza w kierunku

zwiększenia do maksimum ilości czynników powodujących pożar chełmu
w świecie człowieczym.
Wszyscy jesteśmy w pułapcę kokpitu świata.

Remigiusz Załoga

,,Brunonem Schulzem”

Brunonem Schulzem kreślę te znaki
będąc,
a zarazem sobą samym już mniej potrzebnie
Zamknięty (w jego geometrycznej bryle bez formy fizycznej,
lecz lekko zgarbionej) kompletnie
W tym uroczystym rozdwojeniu jaźni
odpycham siebie samego daleką ręką mej przewrotnej natury
na peryferia podświadomości,
którą balansuję chwiejnie na linie rozpiętej
pomiędzy normalnością, a szaleostwem nad otchłanią samotności,
mażąc o tym aby chod na chwilę przeistoczyd się w kogoś innego
i nim się wypełnid
I nim wypełnid stronę nie zapisaną jeszcze niczym,
dla siebie zostawiając tylko margines,
albo wyzbywając się nawet i tego
Brunonem Schulzem jestem i myślę
taocząc samotnie po marginesie mojej poezji
do taktu bezlistnego marsza listopadowej orkiestry dętej
miejskich platanów
Drohobycza,
przykrytej siecią bezdźwięcznie utkaną z nici ptasiego trela
przy pełni blasku księżyca
Drohobycza,
w którym byłem tylko metafizycznie oderwany od ciała,
ale gdy jestem Brunonem Schulzem to jest mi on
najdroższy na świecie i jedyny
Mijam sklepy cynamonowe (a raczej ich szkice pospiesznie
skreślone ołówkiem mistrza na kawiarnianej serwetce)
kalecząc bruk kocich łbów obcasami
Wiedziony fałszywym krokiem nie do kooca swoich stóp,
zagnany zostaję w czarną paszczę zaułka,
gdzie spoczywa słynny markownik
W egzotycznym szeleście stron jego wnętrza
odnajduję sens tajemnych znaczeo kabały, tory i świętego pisma,
chod nie jestem ich godzien
Tak jak nie jestem godzien Adeli
stopy całowad i pieścid…
czule
w karakonim skłonie,
demonstrując wobec jej majestatu swe dozgonne oddanie
I czczę bałwochwalczo powab jej wdzięków, ud, piersi
i owal jej twarzy
Jej wierny sługa – karakon wpełzam pokracznie w brudne szczeliny
nie do kooca mej duszy,
nie mogąc już dłużej dźwigad ciężaru piękna
tej przewspaniałej istoty…

 

M. z kartoteki

21 VIII 2018

15. VIII. 2018:



Mamy skrzynkę pocztową przy drzwiach naszego klubu gdzie można wrzucać wiersze itp – niezależnie zaś – można podsyłać meilowo na adres : piesniarze@gmail.com

Wybrane rzeczy będziemy publikować (tu, na facebooku jak również na murach Wrocławia). Zapraszamy! 🙂

(można też zostawić list)

 

Paula Klama

 

KLAMKI UPADŁE

Autoportret

 

Klamka zapała,

zapadnia trzasnęła,

zatrzaski pisnęły ,

pasuje klucz.

 

Jest jeszcze zasuwa,

co życie zatruwa.

Nieproszony nie wejdziesz,

choć nie wiem co.

 

Jak wyrzut sumienia,

zdanie wciąż zmienia,

sama nie wie czego chce.

 

Wie że nie wpuści.

Nie wie dlaczego.

 

Przecież pasuje do szczęścia ten klucz.

 

 

 

Semio– ja

 

Semiotycznie

sama toczy

się ze sobą

w niezgodzie.

 

Jedno  ja

Z drugim ja

 

nielogicznie.

 

 

 

 

Złamanie otwarte

 

Niejednokrotnie

złamałam sobie język,

by przekazać Ci

w odpowiedni sposób

moje myśli.

 

Ważąc słowa

zbyt intensywnie,

nieraz się zwarzyły.

 

Złamanie następuje zazwyczaj

podczas wypowiadania słów:

 

uważam,

myślę,

sądzę,

chcę.

 

I zawsze w tym samym miejscu

– na końcu języka.

 

Ból nie daje mi dokończyć.

Nigdy.

 

Ty wtedy mnie uciszasz

i potem mówisz,

robiąc mi okład

z uśmiechem pełnym triumfu,

że wszystko wiesz.

 

 

 

Deklinacja przyjaciela

 

Przyjaciel to wyjątkowy przypadek.

Bo przypadkowi temu towarzyszy:

przypadkowe spotkanie,

przypadkowe okoliczności

i przypadkowe sytuacje

do sprawdzenia,

czy był to zwykły przypadek,

czy też nie.

 

I na wszelki wypadek

dbasz o ten przypadek,

bo on odmienia

siebie

i ciebie,

przez zupełny przypadek.

 

 

 

 

Narodziny

 

Pływam w brzuchu,

a tu nagle

woda w ruchu,

stawiam żagle.

 

Z flautą koniec.

jak wiatr złapię,

nie zatonę.

Życie chlapie

 

w twarz strugami

niepowodzeń.

Wyzwiskami

grozi co dzień.

 

Ja nie po to

się dziś rodzę,

by piechotą

życie obejść.

 

Chcę się zmagać

z żywiołami

i pić wódkę

z aniołami.

 

 

 

Zaraza

 

Ogłoszono dnia pewnego

chorób wykaz.

„Do izolowania natychmiastowego

chorych nakaz”.

 

Zakatarzeni i kaszlący

– cholerą grożący.

Zarażeni  wysypką

– śmiercią szybką.

Zapatrzeni w ścianę

– skreśleni na amen.

Zakochani dopisani,

z przyczyn nieznanych.

 

Postanowiono po naradzie,

że to na wszelki wypadek,

bo tętno większe,

mocne rumieńce,

niezdolność istnienia,

trzeźwego myślenia.

 

Zamknięto ich w matni,

bo są nieprzydatni.

 

 

 

 

Nagroda za znaleźne

 

Czy ktoś widział moje skrzydła?

Wydawało mi się, żeby były,

kiedy od niej wychodziłem.

A może nie?

Może już odpadły w tamtym barze?

W każdym razie – szukam ich.

Są potrzebne mi.

Muszę lecieć,

wracać trzeba,

dosyć narobiłem szkód.

 

Czy ktoś widział moje skrzydła?

Chociaż jedno, piórko, cień?

Może ktoś ma zbędne pierze?

To ulepię chociaż część.

 

Dam nagrodę –

albo nawet się przelecieć

ze dwa razy wokół słońca.

Pan nie widział?

Nie? A Pani?

Nikt nic nie wie.

Ja nie oszust. Zwykły anioł!

Że upadły – zdarza się.

 

Czy ktoś widział moje skrzydła?

Coś zbyt grzeczne macie miny,

wręcz anielskie,

kto jak kto, lecz anioł wie

kto udaje niewinnego.

No nic, zostaję z Wami,

zachowajcie sobie skrzydła.

Nie należą się już mi.

Tylko pamiętajcie,

że to słońce kusząc, parzy.

I nie jeden był, co marzył,

by aniołem być.

Żyję, nie żyjąc w sobie
św. Jan od Krzyża

Żyję, nie żyjąc w sobie,

Nadziei skrzydła rozwieram,

Umieram, bo nie umieram!

Ja już nie żyję w sobie,

Bez Boga żyć nie mogę!

Bez Niego i bez siebie?

Miast życia – tysiąc śmierci!

W głębię życia się wdzieram,

Umieram, bo nie umieram!

To życie, którym żyję,

To zaprzeczenie życia,

To ciągłe umieranie!

Aż pójdę do zdobycia

Ciebie, mój Boże! – Słyszysz?

Ja się życia wypieram,

Umieram, bo nie umieram!

Pozbawiony tu Ciebie,

Jakież życie mieć mogę?

Jeno śmierć ustawiczna!

Czuję o siebie trwogę,

Serce w bólu się krwawi –

Więc ku Tobie spozieram,

Umieram, bo nie umieram.

Wyrwij mnie już z tej śmierci,

Boże mój, i daj mi życie!

Nie chciej mnie dłużej trzymać

Na tym wygnańczym świecie!

Patrz jak Ciebie pożądam,

W bólu rany otwieram,

Umieram, bo nie umieram!

Lecz będę już tu płakał

I znosił ból istności,

Bo trwa moje wygnanie

Za grzechów moich złości…

Lecz kiedy ten czas przyjdzie,

Na który duszę otwieram,

Kiedy szczęśliwy zawołam:

Żyję, bo nie umieram?

Hanka Nowobilska z Białki:
Od pól, poprzez Cerwonki pokryte lodem twardym sło cosi okutane w strzępiate, stare hadry.
Palicke mioło w gorzci i worek na ramieniu, minęło syćkie dróżki i prosto sło po śreniu.
Jaz w Równi przystanęło, kie sie na płotek natkło. Podesłak, zapytałak — coz byście radzi, Dziadku?
A On stół przyzgrzybiany, nic na to mi nie odrzekł, ino popatrzył dziwnie — mioł w ocak smutków morze.
I wtedy takim błyskiem, co syćkim jest i nicym, poznałak Go od razu. To mój był Jezusicek.
Coś mi sie siepło w dusy z radości, dziwu, lęku, kolana sie mi same ugieny do przyklęku.
Fciolak Mu objąć nogi obute w zdarte kerpce, zmyć łzami i ubośkać toniącym w zolu sercem.
A Jemu wzrok dobrocią ozjaśnił sie niezwykłą uśmiechnął sie — i naroz z myk oców kajsi zniknął.